Archiwum dla Styczeń 11th, 2013

piątek, Styczeń 11th, 2013 | Autor:

W ciemności dało się słyszeć czyjś kaszel.
- Kto to był?
Odpowiedziała cisza…
- Kto?!
Cienie zostały zastąpione przez jasne, białe światło. Lśniąca kula wyczarowana przez młodą adeptkę magii ledwie rozświetlała ciasne pomieszczenie, bez okien, z szóstką młodych dziewcząt w środku. Jawił się im świat głębokich czerni i odcieni szarości, gdyż wszystkie kolory były zniekształcone nienaturalnym światłem zaklęcia. Cienie wycofały się w kąty, balansując na granicy zasięgu czaru Lilith.
Arthia – wojowniczka – przyglądała się Lilith, która spoglądała kolejno na każdą z nich. Żadna się nie odezwała. Ich sylwetki tańczyły na ścianach, gdy czarodziejka obracała się wokół, manipulując przy tym źródłem światła. Przy zabarykadowanych drzwiach siedziała Varmie z szeroko otwartymi oczami wlepionymi w przestrzeń, jakby nie mogła pojąć co się dzieje. Bardka mocno się trzęsła, przyciskając do swojej piersi ulubioną lutnię, której kurczowo się trzymała. Na jednym łóżku w pokoju leżały obok siebie Marie i Doris, której pierwszej głowa była schowana w ramionach tej drugiej. Młoda szlachcianka trzęsła się, szlochając cicho. Arthia nie wiedziała, czy załamanie nerwowe arystokratki było spowodowane ich obecną sytuacją, czy też jej higieną osobistą; w pomieszczeniu unosił się smród ich od dawna nie mytych ciał, a włosy Marie, jak wszystkich, były poplątane i zalegała na nich gruba warstwa brudu. Doris, dla kontrastu, jedynie spojrzała ze stoickim spokojem na Lilith, gdy wzrok czarodziejki spadł na nią.
Następnie zwrócił się na Arthię, później na Asharę. Ta dwójka była zamknięta w swoich objęciach. To jedyny komfort, na jaki mogły sobie pozwolić. Wojowniczka przemówiła, gdy bliskie jej sercu dziewczę zaczęło się trząść.
- Czy to ma jakieś znaczenie?
Czarodziejka zmarszczyła czoło.
- Nie wygłupiaj się, Arthio. Lepiej, jak przetrwa pięć z nas, niż żadna. Kaszel to jedyne ostrzeżenie, jakie dostajemy.
Szept Ashary dał się słyszeć dość wyraźnie w zamkniętej przestrzeni.
- Nie możemy po prostu… Poczekać i zobaczyć? To mógł być kurz, albo przeziębienie… Proszę?
- Naprawdę chciałabym móc zaryzykować, Asharo – powiedziała Lilith, łagodząc lekko swój ostry ton. – Ale gdy to wejdzie w ostatnie stadium, nie ma odwrotu. Widziałaś, co się wydarzyło na zewnątrz. Naprawdę chcesz tego tutaj?
Doris westchnęła, a następnie przemówiła.
- Ona ma rację, moja droga. To jest zaraźliwe dopiero pod koniec. Musimy wybrać – śmierć jednej, albo sześciu.
Arthia zacisnęła zęby.
- Czy nic innego nie można zrobić? Twoja magia – Lilith – nie może tego wyleczyć? Zatrzymać? Spowolnić? – przerwała, czując jak w jej gardle powstaje niewidzialna gula, po czym dodała zachrypłym szeptem – Cokolwiek?
Czarodziejka potrząsnęła głową.
- Nawet kapłani nie mogli tego uleczyć. Każdy nosiciel musi zginąć. To jedyny sposób na ochronę nas, pozostałych. Wiesz o tym, Arthio, dlaczego więc zwlekasz?
Usta wojowniczki poruszały się, ale nie wydobywały się z nich słowa. Głos Ashary, nagle ufny we własną siłę, wypełnił lukę.
- Ja kaszlnęłam. To byłam ja.
Arthia gapiła się na ukochaną zszokowana i przerażona. Druidka odwróciła się, spojrzała na nią i powiedziała z powrotem niepewnym głosem:
- Jest dobrze. Będzie dobrze. Nie mogłabym znieść, jeśli któraś z was by zginęła, kiedy ja mogłam temu zapobiec. Tak będzie lepiej.
Arthia powoli potrząsnęła głową i wyszeptała pojedyncze:
- Nie…
Głos Doris był ponury.
- Podjęła decyzję. To trudny wybór, ale w środku Ashara jest silna jak byk.
- J… jak my… jak ona ma…? – wojowniczka usiadła, przytłoczona ciężarem własnych myśli.
Lilith westchnęła i osunęła się na podłogę.
- Nie mamy żadnych broni, a ja nie znam się na magii bitewnej. Nawet gdybym ją znała, nie mogłabym. Ty musisz to zrobić, Arthio.
- Co? Dlaczego ja!?
Czarodziejka spojrzała w przestrzeń.
- Znam cię wystarczająco dobrze, by uświadomić sobie, że nigdy nie stałaś z boku i nie pozwalałaś choćby tknąć twojej przyjaciółki z dzieciństwa. Może rozum podpowiada ci, że to jest konieczne, ale uczucia są od niego silniejsze. Zapytaj siebie, czy gdyby miała to być któraś z nas, naprawdę nie chciałabyś, żeby nikt inny, tylko ty nie musiał… musiał…
Wojowniczka wstała powoli na nogi.
- Masz rację. – jej głos był fałszywie pewny siebie. Odsunęła się od swojej najlepszej przyjaciółki.
Doris powiedziała:
- Asharo, usiądź i połóż swoją głowę na ścianie. Będzie trochę… Trochę… – dziewczyna zdławiła się w płaczu – … szybciej.
- Tak mi przykro, Arthio. Chciałabym, żeby dało się inaczej… – rzekła Lilith.
Wojowniczka spojrzała za siebie, w oczy dziewczyny, którą kochała. Ashara posłuchała się rady Doris. Przez chwilę patrzyły na siebie w milczeniu. W końcu Arthia znalazła słowa, nie wystarczające jednak na tę chwilę.
- Przepraszam. Kocham cię. Przepraszam.
Druidka o drobnej budowie, odpowiedziała drżącym głosem.
- Też cię kocham. I wybaczam ci. Tak jest lepiej. Tylko… Upewnij się, że ktoś zajmie się zwierzętami, kiedy to się skończy. Kiedy wszystko wróci do normy.
Wojowniczka wyszeptała:
- Obiecuję. – ostrożnie wycelowała. Jedno silne uderzenie. Szybko będzie po wszystkim. Przynajmniej na to zasługiwała Ashara. Gdy była pewna, że trafi nawet po ciemku, powiedziała:
- Zgaś światło, Lilith. Nikt nie musi tego oglądać. – blask magicznej kuli zniknął.
Lata machania mieczem i bijatyk ukształtowały mięśnie Arthii. Pochyliła się na nogach, zebrała całą swoją siłę i uderzyła. Trafiła. Po pokoju rozległ się głuchy łomot, a strumień ciepłych kropli spadł na jej skroń. Następnie, dało się słyszeć wysoki, agonalny jęk, będącej tuż obok niej przyjaciółki.
Arthia zareagowała na męki ukochanej bez zastanowienia. Pochyliła się jeszcze raz i wielokrotnie uderzała, starając się utrzymać równowagę i dodać siłę uderzeniom poprzez skręcanie tułowia. Przy czwartym uderzeniu wycie drugiej dziewczyny ustąpiło miejsca przeraźliwemu chrupnięciu.
Wojowniczka opadła z powrotem na podłogę. Całe jej ciało trzęsło się przeraźliwie. Jej oczy były szeroko otwarte, a serce prawie wyskakiwało jej z piersi. Jej pięści były przemoczone kleistą krwią; czuła, jak zaczyna krzepnąć. Zastanawiała się wbrew sobie, czy ten bród się kiedyś zmyje, czy jej dłonie już zawsze będą nosić czerwoną pozostałość jej obowiązku. Zaszlochała, sama do siebie.

Zapanowała cisza.

W ciemności, dało się słyszeć czyiś kaszel…

Inkwizytor,
Na podstawie “The caugh” autorstwa Ebon Mane