środa, Sierpień 31st, 2011 | Author:

Szkarłat w sercu.

Młot. 1348 kd. Z kart historii..
Opętany szaleńczym pędem zimowy wicher, niosący straszliwy chłód, gwizdał złowieszczo za oknem niewielkiego, drewnianego schroniska, pod którego okna wspinały się grube śnieżne żebra, jak gdyby zamierzały wedrzeć się do środka i otulić sobą wszystko wokół. Skrzypnęły donośnie drzwi, a zimno i świst wdarły się do wewnątrz, wzbudzając niemałe poruszenie wśród dotąd spokojnie tańczących, przyjemnie ogrzewających płomieni murowanego kominka. Zapach zwierzęcych futer, w jakie ubrany był przybysz, unosił się delikatnie po niewielkiej izbie. Podeszwy ciężkich butów zachrzęściły na podłodze, zostawiając za sobą białe ślady. Wysoki mężczyzna otrzepał się ze śniegu i odsłonił surową, bladą twarz, którą porastała czarna broda. Oczy miał jasne, naznaczone zmęczeniem.
- Ciężka to zima, przyjacielu.. – powiedział niskim, spokojnym głosem.
- W rzeczy samej, nie pamiętam aż tak surowej,drogi Therso. Liczę jednak, że wkrótce nas opuści – odparł opatulony w jasną, ocieplaną togę mężczyzna z rogu sali. – Tak jak i ty, przyjacielu – dodał.
Przybysz zmarszczył czoło na te słowa, siadając się na krześle naprzeciw niego odpowiedział:
- A więc..ile jeszcze wody upłynie w Beaumaris, ile białego puchu spaść musi na Twoją siedzibę, zanim pojmiesz, że nie da się już przeciąć tego, co rozpocząłeś, byle wymówką..? Wciąż rozpamiętujesz tę noc..krwawy księżyc… tak, władco? Tych zagubionych spośród moich ludzi, którzy wznieśli wzrok za Panem Krwawych Łowów… to nie była moja wina..! – głos Therso podniósł się.
Mężczyzna w todze uniósł brwi, przyglądając się myśliwemu. Sięgnął po sporą sakiewkę, ławka, na której siedział, zatrzeszczała cicho. Monety zabrzęczały na stole.
- Przykro mi Therso, musisz zrozumieć moją sytuację… zarządzam tymi ludźmi, ufają mi. Ja zaś nie mogę narazić ich na zgubę z rąk zdrajców.
- Nie.. Jak te słowa mogą ci przejść przez gardło..? Wyciągnąłeś mnie z rynsztoka, za to będę Ci wdzięczny po kres dni, ale to? Chcesz mnie zbyć workiem damarenów? Patrzysz w złym kierunku! Zguba, która nadciąga, pochodzi z innego miejsca… stada wygłodniałych Worgów schodzą z gór, obnażają kły… Wciąż możemy Was uchronić przed..
- Dość ! To nic nie zmieni..podjąłem już decyzje.- Spojrzał w zmęczone, pełne rozczarowania i smutku oczy Therso.- Daję ci szansę odejścia w spokoju, jako człek bogaty i wolny. Przykro mi, że się ze mną nie zgadzasz..Szanuję Cię, lecz jeśli zostaniesz, będę musiał Cię wydać w ręce kościoła.
- Niech i tak będzie, Baronie Tranth.- mruknął łowca zaciskając zęby.- Widzę, że oni mają więcej do powiedzenia, niż Ty… Nie zapomnij jednak, że i Ty jesteś mi coś winien, a ja upomnę się o swoją własność, choćby na innym świecie- wstał powoli.
Baron uśmiechnął się tajemniczo.
- Gniew przemawia przez twoje usta, mimo, iż dałem Ci już tak wiele..Nie masz za grosz honoru, a twoje serce obrasta szkarłat, tak jak twoich braci, którzy poszli za Malarem. Jesteś Cierniem w moim oku! Idź precz..niechaj zapomnę, że Cię znałem.
Łowca odwrócił się tylko na chwilę, wychodząc w mrok.
- Nie zapomnisz, takim mnie pamiętaj baronie.
Wicher znów zawył przeraźliwie, łowca nachylił się, podnosząc z grubej warstwy śniegu małe, skomlące cicho białe stworzenie. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem.
Tranth opadł na krzesło, oparł łokcie na stole i ukrył twarz w dłoniach.

Category: Bez kategorii
You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. You can leave a response, or trackback from your own site.
Leave a Reply